Gry fabularne – te prawdziwe, wymagające udziału osób z krwi i kości, kart postaci, stosów podręczników i wielościennych kostek – pojawiły się w moim życiu zupełnie niespodziewanie. Kiedy ganiałem za piłką po asfaltowym boisku szkolnym albo ścigałem się na rowerach z osiedlowymi adrenalinowymi ćpunami, kilku kolegów (i jedna koleżanka) z klasy wolny czas spędzało na penetrowaniu mrocznych tajemnic warhammerowego Starego Świata i odkrywaniu wszelkich zalet i wad nieśmiertelnego życia spokrewnionych w XXI-wiecznej Ameryce. Nie wiedziałem wtedy, a było to w gimnazjum, co to są gry…Continue Reading „Kości zostały rzucone”

Jest zimno. Uczucie potęgują kąsające podmuchy mroźnego wiatru. Kangury w całej swojej mądrości siedzą w ciepłej budzie. Dwa tylko osobniki przebywają na zewnątrz. Drżą pod murem z łapkami w torbach. Samice. Jestem pewny, że nie wytrzymały z rodziną i wyszły na szybkiego dymka. Teraz kulą się ze wstydu, przyłapane na złym uczynku. Z ulgą jedna podnosi głową, kiedy odchodzę; druga stara się patrzyć w inną stronę – przygnieciona ciężarem winy wyrodna matka. Na drzewie spostrzegam coś na kształt jemioły. Tylko zamiast zwyczajowo zielonych pędów i…Continue Reading „Spacer po zimowym zoo”

Polak na zachodzie nie cieszy się zbyt dobrą opinią. Widzi się nas jako złodziei, alkoholików i nierobów uzależnionych od zasiłków społecznych, czyli słowem: brudne pasożyty. Ironia polega na tym, że to jednak nie obywatele obcego kraju są skażeni stereotypowym sposobem myślenia, a my sami – to my częściej w czarnych barwach postrzegamy ziomków. Przynajmniej taki wniosek wysnuwam z rozmów przeprowadzonych, podsłuchanych, a także, niestety, z własnego doświadczenia. Odwiedzam w Odense kilka sklepów spożywczych. Wybór w danym momencie zależy od zapotrzebowania na konkretne artykuły oraz sąsiedztwa…Continue Reading „Być Polakiem za granicą”

Raczej zawsze odznaczałem się małą ciekawością świata, w sensie bycia na bieżąco z aktualnie rozgrywającymi się tu i ówdzie wydarzeniami, tak małej, jak i wielkiej wagi. Stronię od wszelkiej maści gazet, nie śledzę informacyjnych portali internetowych, na Wiadomości czy Fakty zerkałem tylko, kiedy rodzice włączali telewizor do kolacji. O wszystkich doniosłych wydarzeniach dowiadywałem się w trakcie rozmów z kolegami i koleżankami najpierw w szkole, później na studiach, w końcu w pracy. Wiąże się to oczywiście z jedną bardzo konkretną i niemiłą konsekwencją. Nie mogłem bowiem…Continue Reading „Poznawanie świata”

Na początku stycznia odwiedziłem rodzinne miasto. Przyjechałem na chwilę, by spotkać się z rodziną. Mimo raczej ograniczonego czasu, jakim dysponowałem, zdołałem moment poświęcić na spacer po Przemyślu. Doprowadziło mnie to ostatecznie do dwóch przemyśleń, zupełnie chyba nieważnych, ale pisarz, nawet kiedy jeszcze nie ma prawa się tak nazywać, o czymś pisać musi. Wybaczcie. Za każdym razem, kiedy wracam do Przemyśla mam wrażenie, że miasto jest coraz bardziej szare i ponure, co kłóci się z pełnym kolorów i radości wspomnieniem dzieciństwa. Przechadzałem się uliczkami starówki z…Continue Reading „Miasto przemysleń”

Dla odmiany postanowiłem dziś usiąść przy komputerze stacjonarnym. Gabinet, jak od miesiąca nazywam z przekorą cztery metry kwadratowe z cudem tam upchniętymi: szafą, biurkiem i starym pecetem, pozostawiam otwarty. Nie napiszę dziś nic wielkiego, toteż nie ma sensu bawić się w pisarza, który potrzebuje ciszy i spokoju. Przydałyby się, owszem, i cisza, i spokój, ale głowy nie da się na zawołanie oczyścić z bałaganu.

Continue Reading "O bałaganie"

Dania to dziwny kraj. Z jednej strony ojczyzna dumnych wikingów, wojowników niegdyś siejących postrach w całej Europie i poza nią. Przechadzając się uliczkami Odense, spotykam ludzi jakby żywcem wyjętych z X wieku, tylko odzianych po współczesnemu. Wiecie, tędzy, mocarni, krępi, blondwłosi i rudzi, z gęstymi brodami, ramionami pokrytymi tatuażami. Gdyby zamiast półbutów ecco i koszulek polo z krokodylkiem nosili kożuchy, przeszywanice i nogawice, to byliby wypisz, wymaluj jak drużyna Ragnara albo innego króla Horika. Strach się bać. Z drugiej zaś strony to ludzie ceniący sobie ponad wszystko uprawianie w ciszy i spokoju ze swoimi najbliższymi tajemnej sztuki hygge. Zderzają się więc dwie natury: niepowstrzymanych wojów i rodzinnych oraz bardzo przyjaznych ludzi. Zastanawiam się, którą stroną duńskości zostanę zarażony, bo póki co jestem jeszcze na poziomie zero i mogę albo w jedną, albo w drugą. Albo będę mordował i grabił albo będę zabawiał gości przy domowym stole.

Continue Reading "Duński uśmiech"

W pokoju panuje atmosfera grzesznej namiętności. Z głośników dobywają się dźwięki rockowych ballad złożonych w składankę na spotify’u, za jedyne źródło światła służą trzy świece rozstawione na nocnym stoliku. Tam też stoją kieliszki: jeden w ćwierci wypełniony czerwonym półwytrawnym winem, z krawędzią poznaczoną równie czerwonym śladem szminki, drugi opróżniony niemal do końca –na samym dnie zebrała się oleista kropla albo dwie. Kieliszki oraz spoczywająca przy nich butelka rzucają niespokojne cienie na ścianę naprzeciwko – hipnotyzujący taniec, niepowtarzalne przedstawienie, którego jednak nikt nie ogląda.

Continue Reading "Lekcja muzyki"

W Danii na jednej z wysp znajduje się Odense – miasto raczej studenckie, coś na wzór naszego Krakowa, choć na o wiele mniejszą skalę, takie przynajmniej odnoszę wrażenie. W środku tegoż miasteczka, w którym tak przy okazji urodził się niegdyś Hans Christian Andersen, nieopodal starówki mieszczą się rozliczne tereny zielone, które w Polsce nazwano by parkiem. Nie wiem, czy tutaj ma to jakąś konkretną nazwę. W każdym razie wśród zieleni traw i drzew rozlane są jeziorka, całość natomiast otacza niezbyt skomplikowana sieć alejek usypanych żwirem. Przy dróżkach postawili Duńczycy drewniane ławeczki. Na jednej z nich – oddalonej nieznacznie od innych, położonej w takiej jakby leśnej wnęce, tuż nad samym brzegiem zbiornika wodnego – siedzę ja: obcy w obcym kraju.

Continue Reading "Ja, obcy"

Chwilę temu modne było łapanie smartfonem pokemonów. Moda ta, jak to zwykle bywa, szybko przebrzmiała. A może wszystkie stworki zostały już pochwycone? Nie wiem. Za mojego dzieciństwa też zbierało się pokemony, ale w formie takich plastikowych krążków – tazosów chyba. Na podwórku wymieniało się również karteczkami do segregatorów (ciekawe, co dzisiejsze dzieciaki pomyślałyby o takim koncepcie). Nade wszystko jednak kupowało się markowe chipsy, żeby zdobyć nowy super tatuaż. Przylepiało się kartonik na ciało, przemywało wodą i po oderwaniu papierka, jeśli miało się ciut szczęścia, można było szpanować zmywalną dziarą i zbierać punkty lokalnego respektu przy osiedlowym trzepaku (bo tam wszystkie łobuzy się zbierały). Fajna to była zabawa, taka beztroska, a poznaczone malunkami łapy wzbudzały jakąś taką ogólną wesołość, szczerą radość.

Continue Reading "Tuszem pod skórą"